Uwaga, powiem coś bardzo niepopularnego: pisanie z weną do niczego was nie zaprowadzi. Najlepiej w ogóle o niej nie myśleć i wykreślić to określenie ze swojego słownika, a zastąpić je innym pojęciem: pisarski nawyk.
Dlaczego warto? To proste – chodzi o nadanie znaczenia temu, co istotne i odebranie powagi rzeczom nadmiernie rozdmuchanym; a właśnie tym jest wena. Wiem, brzmi jak herezja, pewnie kilka osób złapało się z głowę, ale właśnie to chcę przekazać: poleganie na natchnieniu do niczego was nie doprowadzi. Prawdziwy "sekret" tworzenia to właśnie nawyk. Sekret w cudzysłowie, bo to żadna tajemnica, ale pierwszy wpis z cyklu „Warsztat pisarza” postanowiłam zacząć od takich właśnie pozornie prostych rzeczy.
Oczywiście, że nie zawsze tak myślałam. Przypominam sobie, że parę lat temu, kiedy dopiero startowałam z pisaniem, przyjaciółka wysłała mi filmik – o wenie właśnie. Katarzyna Bonda, która wtedy chyba dopiero zaczynała być popularna, poważnie i rzeczowo (jak to ona) tłumaczyła, że wena nie istnieje. O ile dobrze pamiętam, dodała też, że to pojęcie jest takim wytrychem, wymówką, bardzo wygodną, bo trudną do podważenia. Lub coś w tym stylu.
Och, jaka byłam oburzona! O czym ta kobieta mówi? Dlaczego mówi, jakby wiedziała, co mówi? Jak to „nie ma weny”? Jak to „wymówka”? Przecież to podstawa tworzenia! Nie da się pisać bez weny!
Jak się okazało, los ma paskudne poczucie humoru, bo teraz sama taką kobietą – i inni zastanawiają się, co ja właściwie gadam 😁 Brzmi jak krąg życia, więc może każdy musi przez to przejść? Trzymam kciuki, bo po prawdzie na własnej skórze przekonałam się, że poleganie na wenie to ślepa droga, która w najlepszym wypadku zaprowadzi nas prosto w objęcia frustracji. Jestem pewna, że wiele osób porzuciło marzenia o wydaniu książki i zostaniu pisarzem właśnie przez ciągły brak weny. Bo nikt im nie powiedział, że:
a) to całkiem normalne;
b) sekretem wszystkich pisarzy jest wypracowanie sobie nawyku pisania.
Ale czym właściwie jest ta wena, zwana też natchnieniem? Moim zdaniem to po prostu stan, w którym piszemy gładko, płynnie, wszystko się składa, a odpowiednie słowa i zdania same pojawiają się w głowie. Gdy wygrywamy na klawiaturze ostre staccato, a palce nie nadążają za myślami. I owszem, takie chwile się zdarzają, ale nie wolno tracić dni na oczekiwanie aż przyjdą. To po prostu strata czasu.
Bo, uwaga, ważna rzecz: im dłużej będziemy siedzieć i czekać, tym mniejsza szansa, że natchnienie przyjdzie... i że będzie nam się dobrze pracowało, bo to zupełnie odrębna kwestia. Jak w opowieściach ze Stumilowego Lasu: im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Im dłużej zwlekamy, oddalamy się od pisarskiego "warsztatu", tym trudniej nam się pracuje, nawet gdy mamy pomysł i chęci. Aż w końcu zapominamy, o co właściwie chodziło z tym pisaniem.
Odpowiedzią na wszystkie troski i ratunkiem w chwilach, gdy brak tego flow jest właśnie solidnie wypracowany pisarski nawyk – rzecz, o której jeszcze będę pisać, zapewne aż do znudzenia. To jak filar, solidny i trwały, na którym można spokojnie oprzeć całą naszą pasję. Można, a nawet trzeba.
Pisarski nawyk to nic innego jak rutyna pisania – po prostu coś, co macie na stałe wpisane w harmonogram dnia. Jak szklankę wody zaraz po przebudzeniu. Jak mycie zębów w określonej konfiguracji między szczotkowaniem włosów, porannym prysznicem, a śniadaniem i makijażem. Jak medytacja albo wieczorne czytanie. Coś, z czego rezygnujecie tylko w wyjątkowych okolicznościach, ale w sumie jest to tak bardzo – nomen omen – wpisane w wasz rozkład jazdy, że właściwie nie wyobrażacie sobie dziury.
Tym właśnie powinno być pisanie – nawykiem. Stałą porcją pracy do wykonania każdego dnia. Ja wiem, pisanie bez weny brzmi jak herezja, ale na własnym przykładzie udowadniam, że się da.
Mało tego – wiecie, co jest najzabawniejsze? Rutyna pisania WYZWALA wenę. Nawet najbardziej spalony i niepozorny dzień może zakończyć się wybuchem kreatywności i kolejnymi zapisanymi stronami, trzeba tylko dać mu szansę. W takich słabszych chwilach nie ma mowy o natchnieniu, które zmusi do rozpoczęcia; od zmuszania jest natomiast nawyk, wypracowywany lub już wypracowany. Zawsze najtrudniej jest zacząć, ale gdy już spróbujemy, nierzadko okazuje się, że „och, jednak nie było tak źle”. Sama zaświadczę o tym jako pierwsza; moment „przełomu” miewam bardzo często. Na początku jest ciężko, umysł nie chce współpracować, przechodzę przez dwa lub trzy kryzysy, a potem… niespodziewanie jestem już na kolejnej stronie i nie mogę się zatrzymać.
I szczerze – właśnie w ten sposób powstał ten wpis 😁



4 komentarze
Na końcu przy rutynie, napisałaś piania zamiast pisania
OdpowiedzUsuńA tak, dziękuję pięknie! Takie wpadki mi się zdarzają, bo w klawiaturze zacina mi się "s" i czasem po prostu tego nie widzę :D
UsuńAle dobrze mówisz. Wena nie nadejdzie przed pracą-tylko w trakcie bądź po pracy.
OdpowiedzUsuńNajgorzej jak po pracy... człowiek chciałby już pójść spać, a tu nagle bum! Nowy pomysł :D
Usuń