Z pewnych względów ostatnio czytam sporo opowiadań na Wattpadzie. Wiele tekstów napisały osoby jeszcze bardzo młode stażem, a więc, co całkowicie naturalne, popełniają różne, często dosyć oczywiste błędy. Gdy tak patrzę na te wszystkie potknięcia, przypominam sobie własne pomyłki na początku pisarskiej drogi - i właśnie o nich chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Ku przestrodze i dla nauki. I tak na wstępie - nie znaczy oczywiście, że wciąż nie zdarza mi się ich popełniać 😀 Są jednak zdecydowanie rzadsze, a niekiedy nawet umieszczane w pewnym konkretnym celu. Absolutny, nieuleczalny brak interpunkcji - wierzcie lub nie, ale jeszcze na początku prac nad „Iskrą” wyniośle ignorowałam niemal wszystkie przecinki. Stawiałam tylko te najbardziej oczywiste, chociaż i takie przed „że” zdarzało mi się omijać. Dlaczego? Nie do końca potrafię to wyjaśnić 😅 Jeszcze w czasach szkolnych wypracowań z interpunkcją szło mi kiepsko, więc w którymś momencie po prostu zacięłam się na tym, że nie umiem sobie z nią poradzić i już. A ponieważ tworzę niekiedy bardzo rozbudowane zdania to… no, efekty możecie sobie wyobrazić. Jak wyszłam na ludzi? Wydaje mi się, że czynnikiem zapalającym była moja przyjaciółka Paulina, która wysłała mi, pamiętam to do dziś, tylko jedno zdanie z pewnego dzieła: ogromne bydlę na trzy linijki całkowicie bez przecinków. A potem dorzuciła od siebie trzy wersje, w których zależnie od układu interpunkcji można było odczytać różne znaczenia. To uświadomiło mi, że muszę, ale to absolutnie muszę zacząć zwracać uwagę na interpunkcję. Czy wkuwałam jakieś zasady? Nie, nigdy - prawdę mówiąc reguły gramatyczne ogłupiają mnie tak samo jak fizyka 😆 Po prostu zaczęłam intuicyjnie stawiać przecinki - i tak szczerze mówiąc, robię to aż po dziś dzień. Nauczyłam się tylko sprawdzać w Google, kiedy coś wydaje mi się dziwne. Postacie poboczne z wykrzyknikami nad głową - tutaj mrugam oczkiem do ludzi, którzy znają ten motyw z dosyć starych gier (bo teraz raczej już się tak nie robi). Dla reszty wyjaśniam: kiedy jakaś postać, tak zwany NPC (nonplayable character) chce czegoś od naszego protagonisty - na przykład ma dla niego zadanie - nad głową pojawia mu się znaczek; najczęściej wykrzyknik, którego nie da się przeoczyć. Początkowo moje postacie poboczne miały nad głową właśnie takie wykrzykniki 😆 Na zatłoczonym placu w środku miasta protagonista podchodził do tego człowieka, który mógł mu zaoferować zlecenie, a w karczmie zwierzał się dokładnie tej osobie, która była w stanie mu pomóc. Głupota. Jak się wyleczyłam? Tutaj ponownie pomógł mi ktoś z zewnątrz - a konkretnie Michał, mój naczelny, wieloletni i niezwykle cenny beta reader, po prostu mówiąc, jak to wygląda. Zapamiętałam na całe życie. Bardzo dramatyczne zachowania - osuwanie się po ścianie na podłogę. Rzucanie z płaczem na ziemię. Burczenie pod nosem w ramach focha. Rzucanie praniem, by wyrazić szok. Moje postacie miały siłę ekspresji godną zatrudnianych płaczek. Wiecie, czego tylko brakowało? Darcia szat 😆 I chociaż na rzucanie praniem również zwrócił mi uwagę mój beta reader, po pewnym czasie sama doszłam do wniosku, że emocje można wyrażać subtelniej, nie tracąc nic z siły przekazu. Zacinanie się na jednym uczuciu - „jestem w szoku!”, zakrzyknęło 95% postaci z moich pierwszych dzieł. Pozostałe 5% prawdopodobnie było martwe, albo stało z wykrzyknikami nad głową i nie miało życia 😆 Niemal na wszystko bohaterowie reagowali tymi samymi odczuciami, przez co słowo „szok” odmienione przez wszystkie przypadki pojawiało się niemal na każdej stronie. I chociaż teraz też zdarza mi się zaciąć (najczęściej na niepokoju), jestem uważniejsza i pamiętam, by nie popadać w skrajności i różnicować reakcje. Szok jest raczej emocją skrajną, ale nawet jeśli występuje, nie zawsze objawia się tak samo - i nie zawsze musi być opisywany dosłownie. Przewaga opisów nad dialogami - kiedyś nie znosiłam dialogów. Nie cierpiałam ich każdym kawałkiem duszy, uważając opisy za moją mocną stronę. No więc rozpisywałam się na całe strony, dialog wrzucając, kiedy było innego wyjścia. Nawet wtedy jednak każda wypowiedź była małą opowieścią. Dynamizm w dialogach? A fe! A potem… wiecie co? Nie wiem, co było potem. Nie potrafię wam powiedzieć, co się stało: po prostu coś zaskoczyło w głowie i nagle pokochałam dialogi 😀 Na początku chyba zaczęłam zwracać uwagę na to, jak wypowiadają się poszczególni bohaterowie w wydanych książkach. Potem zaczęłam słuchać, siebie i innych, i myśleć nad wagą słów. W końcu odważyłam się, by nieśmiało spróbować tworzyć dialogi, a nie monologi. Po kilku naprawdę ciepłych opiniach i paru merytorycznych uwagach pozwoliłam moim bohaterom mówić swobodnie.... i zakochałam się w możliwościach, jakie mi to daje. Teraz, zamiast wyręczać tego czy tamtego maga, wolę oddać mu głosi pozwolić, by sam się zaprezentował. To o wiele ciekawsze. Czy są tu jakie piszące osoby? Jeśli tak - dajcie w komentarzach znak, jakie pomyłki się wam zdarzały i jakie wciąż zdarzają (o tym też napiszę post, nie martwcie się)! A jeśli problem już za wami, podzielcie się złotą radą. Uściski!5 pisarskich pomyłek, które nagminnie popełniałam na początku drogi:


0 komentarze