Moje sposoby na zarządzanie czasem

By Kasia - 3.1.21

W tym roku chyba po raz pierwszy tak całkiem świadomie i z determinacją podjęłam parę postanowień. Zrobiłam to, bo 2020 udowodnił mi, ile jestem w stanie zrobić, jeśli dobrze się zorganizuję - a organizować się umiem coraz lepiej 😁 Postanowiłam więc, że opowiem Wam o moich sposobach na zarządzanie czasem - pisarsko i nie tylko.


Na początek mała refleksja: od jakiegoś czasu mam wrażenie, że im więcej rzeczy nas pilnuje, tym gorzej z efektywnością. Co więcej, niektóre narzędzia czy techniki może i są skuteczne, ale nauczenie się poprawnego używania, opanowanie tak, by nie wkurzały i nie demotywowały, zamiast motywować, zajmuje o wiele więcej czasu niż rzeczywiste robienie rzeczy. Czyli jest to... jakie? Nieoptymalne - a optymalizacja to klucz do skutecznego i efektywnego robienia rzeczy. Ogólnie do prostszego życia. Jeśli chce się żyć łatwo i przyjemnie, ścieżki należy skracać, a nie wydłużać, przynajmniej tak mi się wydaje.

Wyjątek to ścieżki spacerowe - te można wydłużać ile wlezie ;)

Jeśli o mnie chodzi, kompletnym niewypałem okazało się na przykład prowadzenie bullet journal. Jeśli nie wiecie, co to jest, odpowiadam: to połączenie kalendarza, planera i osobistego dziennika, a nierzadko także szkicownika czy wręcz płótna malarskiego. W teorii brzmi super, w praktyce... no cóż. Często nie wychodzi tak, jakbyśmy chcieli, a u mnie wręcz nie wyszło po całości. Kiedyś opowiem, co dokładnie się stało.

W każdym razie, kiedy zostałam bez niczego, musiałam sobie radzić. I poradziłam, jakoś po swojemu, a wnioski i rady na temat tego, jak zarządzać czasem są następujące:

  • przygotuj dwie listy "to do": "do zrobienia na bank" i "może do zrobienia" - prawdziwym zabójcą efektywnoci jest, uwaga... pracowitość. A właściwie nadaktywność, która prowadzi prosto do ciemnej d... i miejsca, w którym pozostaje nam tylko załamać ręce. Trzeba to ukrócić i zwyczajnie nie brać sobie na głowę więcej, niż możemy dźwignąć w danej chwili, bo nie zawsze da się pracować na 100%. Jak tego dokonać? Za pomocą nie jednej, ale dwóch list zadań - na jednej rzeczy do zrobienia bezwzględnie (ale naprawdę bezwzględnie) a na drugiej takie, które fajnie będzie wykonać, ale bez nich świat się nie zawali. Najlepiej okroić swoją pierwotną "to do list" do absolutnego minimum; wręcz dać sobie fory. Dwa zadania na dzień? Czemu nie! Wykonaj je, a gdy zostanie ci czas i siły, rusz na rzeczy zapisane na liście "może". I nagle okaże się, że da się zrobić więcej. Magia!
  • rozbijaj duże zadania na małe kroczki - tego uczy na największe wyzwanie pisarskie na świecie, czyli NaNoWriMo. Napisanie powieści na 120 stron w miesiąc brzmi jak jakiś absurd, ale okazuje się, że można - wystarczy docelową ilość słów rozłożyć na cały miesiąc i konsekwentnie wypełniać "dniówkę". Metoda baby steps nie jest niczym odkrywczym, ale łatwo o niej zapomnieć; a to właśnie na niej opiera się efektywne zarządzanie czasem.
  • planuj z wyprzedzeniem - i tutaj polecę swoją własną metodę, którą nazywam dwutygodniówką. Jest prosta jak budowa cepa: biorę kartkę z zeszytu, u góry zapisuję zakres dat (na przykład dwa tygodnie) i wybieram cztery grupy zagadnień, którymi chcę się zająć w tym czasie. A potem po prostu tworzę z tego listę spraw do załatwienia, dzieląc jak najdrobniej. Wybieram te, które są najistotniejsze, a pozostałe oznaczam znakiem+/-; to te, które nie są niezbędne do przetrwania. A potem po kolei skreślam to, co udało się zrobić i tak do samego końca. Tę technikę chętnie stosuję podczas dłuższych urlopów, które zaplanowałam sobie kreatywnie. Nie macie pojęcia, ile da się zrobić w 10 dni, nie zapominając o odpoczynku.



  • nie odkładaj na potem - prokrastynacja brzmi znajomo, prawda? To moja stara przyjaciółka, ale powoli wywalam ją ze swojego życia, bo ta przyjaźń zdecydowanie jest toksyczna. Nie odkładaj na potem. Zmuś się. Jeśli działasz z moimi dwutygodniówkami, zacznij już pierwszego dnia danego okresu. Jeśli masz pomysł, wejdź w realizację od razu - nie od poniedziałku, nie od pierwszego, ale właśnie dziś. W środku tygodnia. Czwartego. O szesnastej czterdzieści. To niczego nie zmieni.
  • śledź postępy - wiem, brzmi jak kolejny banał, ale powiedzcie szczerze: ile razy odhaczacie rzeczy, które zrobiliście? Ale nie wielkie projekty, tylko te malutkie - jak piąta szklanka wody w ciągu dnia. Jak limit 1000 znaków dziennie w opowiadaniu, nad którym pracujecie. Jak jedna z kilku publikacji, które macie w planach. Nic nie działa bardziej motywująco niż odznaczanie rzeczy czy wykreślanie ich z listy i patrzenie, jak się kurczy. Polecam traktowanie tego jako grę z samym sobą - jeśli macie naturę wojownika i lubicie rywalizację, motywacja będzie jeszcze większa.
  • znajdź swój motywacyjno-organizatorski set - testuj różne narzędzia, techniki i zestawy, a znajdziesz ten idealny. W moim wypadku to miks planer (jako stacjonarne centrum dowodzenia, miejsce snucia planów i rozkładania wszystkiego na małe kroczki) i Trello (do organizowania działań na różnych profilach i jako przypominajka). W tym roku, ponieważ spodziewam się różnych rzeczy, dorzucam do tego podręczny kalendarzyk (do notowania rzeczy na szybko, gdy nie mam dostępu do planera).
  • inspiruj samą siebie/samego siebie - w porządku, to bardzo osobista rada i może nie sprawdza się u wszystkich, ale prawda jet taka, że ludzi bardzo dobrze zorganizowanych, poukładanych i superefektywnyh traktowałam trochę jak półbogów. Ciągle towarzyszyło mi myślenie "ech, nigdy im nie dorównam". A potem spróbowałam i okazało się, że sama też mam w sobie coś z półboga 😁 Zauważaj i celebruj dni, w których lita "to do" jest pusta, a Ty o szesnastej jesteś w połowie listy "możliwe". To ogromne osiągnięcie, udowadniające, ile tak naprawdę możesz. A skoro udało się raz, uda się i drugi. A potem trzeci, czwarty, piąty... i tak dalej!
Niejako obok tej listy, pokazującej jak zarządzać czasem mam jeszcze jedną radę: w liście uwzględnij czas na relaks. To ważne szczególnie na początku, gdy dopiero zaczynasz działanie z planerem/kalendarzem i chcesz się wykazać sam przed sobą. Wybuchanie jak wulkan na samym początku zwykle kończy się tym, że pod koniec dnia czy całego okresu moce przerobowe to magma zastygła w kamień. Nie przepracowuj się - zmęczenie to prawdziwy zabójca efektywności.

Macie jeszcze jakieś rady? Dajcie znać - nauki nigdy dosyć 😁

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze