Od jakiegoś czasu zaczęłam przestawiać się na myślenie, że rzeczy dzieją się właśnie wtedy, gdy powinny; kiedy jestem gotowa (za pomoc w zmianie podejścia dziękuję Marcie!). Wciąż jednak zdarzają się chwile, gdy zwyczajnie szkoda mi, że na coś nie zdecydowałam się wcześniej - tak jak dziś, żałuję, że ten blog nie powstał rok temu, bym mogła na bieżąco relacjonować emocje z debiutu na Węgrzech. Tak, to dziś - i tak, to już rok! A jak do tego doszło?
Pamiętam, jakby to było wczoraj. 31 stycznia 2020 roku. O jakimś tam dziwnym koronawirusie z Azji wtedy mówiło się tylko okazjonalnie, a jedyną maską, jaką zakładałam, była ta antysmogowa, wzbudzająca zainteresowanie w komunikacji miejskiej. Tamtego dnia powietrze akurat było czyste - to znaczy jak na Kraków, wiadomo - więc oddychając rześko pyłem wulkanicznym, wpakowałam się do tramwaju razem z chłopakiem. Wybieraliśmy się na weekend do domu, by pomóc mojej mamie skręcać gigantyczny regał na książki. Byłam trochę senna, a trochę zmęczona wizją podróży, która mnie czekała, ale i tak pełna nadziei i planów. Właśnie pracowałam nad dopieszczaniem „Iskry”, która niespełna miesiąc później została rozesłana do wydawnictw. Równocześnie pisałam też drugą książkę, którą, mam nadzieję, kiedyś zobaczycie, czyli „Zew krwi”. Myślałam też o tym, co poprzedniego wieczora napisała mi Marta: że jej tłumaczenie mojego opowiadania spodobało się redaktorowi pewnego serwisu literackiego - tak bardzo, że zaplanowali publikację. Nie wiedziałyśmy tylko, kiedy.
Właśnie w takich warunkach, w połowie drogi na Dworzec Główny, zaskoczyła mnie informacja o literackim debiucie za granicą. Tak na już, bez oczekiwania, właściwie od ręki. I chyba uwierzyłam dopiero widząc link, bo wcześniej, przyznaję bez bicia, wydawało mi się to za bardzo fantastyczne, by mogło się wydarzyć.
Lekcja numer jeden: nigdy nie mówcie, że coś jest za bardzo fantastyczne. Nawet tak szalone rzeczy jak literacki debiut za granicą, zanim ktokolwiek w kraju o was usłyszy, są możliwe, więc uwaga, lekcja numer dwa: nie ma co się bać. I od razu lekcja numer trzy: warto się rozglądać, szukać różnych opcji i korzystać z nadarzających się okazji, bo nie wiadomo, która ścieżka będzie tą naszą.
Moja najwyraźniej wiodła przez Węgry. Trochę naokoło, ale za to jakie widoki! 😆
A co działo się dalej? Przede wszystkim na zmianę z Martą zerkałyśmy na licznik polubień na stronie. Kiedy mój tekst na swoim fanpejdżu udostępniła węgierska pisarka, Nora Lajtos, zaczęłam zaglądać kilka razy dziennie. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści reakcji… z każdym kolejnym polubieniem radość była coraz większa. Nadzieja też. O apetycie nawet nie ma co wspominać. Finalnie licznik zatrzymał się na siedemdziesięciu lajkach, czyli na pewno tyle osób przeczytało tekst. Zakładam, że mogły być takie, które przejrzały, ale nie zostawiły po sobie śladu. O statystyki nie pytałam, bo nie są tak ważne - najważniejsze, że zaczęłyśmy; pierwszy milowy krok za nami, a przed nami… a to miało się dopiero okazać.
Czyli, lekcja czwarta (i ostatnia na dziś): działaj, nie zatrzymuj się, cały czas idź przed siebie. Zobaczysz, co cię czeka.
No, i w sumie tego się trzymam aż do dziś.
A właśnie, a co dziś? Dziś mogę powiedzieć tyle, że działam już nie tylko na polskim, ale też na węgierskim Wattpadzie i spotykam tam samych miłych ludzi. A żeby uczcić tą małą-wielką rocznicę (no hej, debiut za granicą to nie byle co!) postanowiłam zrobić coś dla siebie i, uwaga, zapisuję się na indywidualny kurs węgierskiego u pewnego sympatycznego pana. Trzymajcie kciuki - to dopiero będzie jazda!
Viszontlátásra! (do widzenia!)

0 komentarze