Pisarska porada #2 - znajdź swoją gumową kaczuszkę

By Kasia - 11.1.21

 To jedna porad, które wzbudzają kontrowersje. Nie wszyscy się z nią zgadzają. Spotkałam się już z różnymi reakcjami, ale mimo wszystko będę się upierać, że znalezienie pisarskiej gumowej kaczuszki jest ogromną pomocą i może wiele zmienić. Sprawdziłam na własnej skórze. Ale o co tak właściwie chodzi?



Zacznę od początku: wiecie, czym jest metoda gumowej kaczuszki? Chociaż nazwa brzmi absurdalnie, coś takiego naprawdę istnieje i jest całkiem poważnie traktowane. W skrócie to bardzo sympatyczna technika debugowania kodu wykorzystywana przed programistów. Polega ona na tym, by obok komputera ustawić gumową kaczuszkę, która będzie naszym niemym asystentem. Kiedy coś nie działa, linijka po linijce tłumaczymy kaczuszce kod i to, jak ma działać. Dzięki temu sami też rozumiemy go lepiej i jesteśmy w stanie wychwycić błędy. 


Znana z filmów żółta kąpielowa kaczuszka to taki klasyk, ale tak naprawdę może być nią jakikolwiek przedmiot nieożywiony. Programista mówi do kubka z kawą, podstawki na telefon czy stojaka na słuchawki… albo do żywej osoby, chociaż tego akurat nie polecam. Ja na przykład czasem jestem gumową kaczuszką mojego Lubego i to bywa… kłopotliwe, szczególnie że ni w ząb nie rozumiem kodowania 😆


Ale do brzegu: jak ta szalona technika może (i powinna) być wykorzystywana przez pisarzy? Chodzi o prezentowanie sobie samemu pomysłów i fragmentów właśnie za pośrednictwem kaczuszki, by nauczyć się wyłapywać błędy. 


W pisarskich grupach wiele osób pyta, czy opis ich pracy jest w porządku, czy dialog ciekawy, czy jakiś wyimek historii trzyma się kupy, bo sami nie potrafią tego ocenić. Owszem zewnętrzna opinia czasem się przydaje, ale w wielu wypadkach wystarczy po prostu… zostać własnym recenzentem. Zamiast pytać innych „co sądzicie o moim pomyśle”, znajdź swoją gumową kaczuszkę i opowiedz jej o tym, co masz w głowie. Zaprezentuj pomysł dokładnie, tak jakby to była prelekcja i badaj swoją reakcję. W połowie opowiadania zaczynasz się plątać? Idea do zmiany. Zaczynasz sam sobie zadawać pytania? Właśnie objawiła się przed tobą dziura fabularna. Nie wiesz, co dalej? Wracaj do szlifowania; fabuła jeszcze nie jest gotowa.




To samo należy robić w przypadku fragmentów tekstu, który piszemy. Jeśli nie masz pewności, czy coś brzmi dobrze, nie kombinuj - przeczytaj fragment swojej kaczuszce i też zbadaj, własne myśli. Łapiesz się na przeskakiwaniu wzrokiem dialogu? Jest za długi. Nudzisz się przy opisie? Jest za długi. Gubisz wątek w opowieści bohatera? Jest za długa. Wiele rzeczy jest za długich i warto je przyciąć; od tego paradoksalnie tekst zyskuje, a nie traci. I w drugą stronę - jeśli masz wrażenie, że zdania są poszarpane, jakby narrator miał zadyszkę, prawdopodobnie masz rację i trzeba ten fragment zmienić. 


Chociaż większość ludzi jest wzrokowcami, to jednak słuch często pozwala nam kontrolować samych siebie; warto z tego korzystać. I tak, ja wiem - to czasem jest trudne do przeprowadzenia. Nie chcemy bliskim fundować audiobooka na żywo, a powody są różne. Często to nieśmiałość albo wstyd, ale myślę, że szansa na znaczącą poprawę warsztatu jest warta odrobiny niewygody i wyjścia z tak zwanej strefy komfortu. Zresztą czytać nie trzeba od razu tak, by sąsiedzi mogli oceniać naszą dykcję - wystarczy szept. Wydaje się, że różnica jest niewielka, ale zmienia naprawdę wiele. Sama korzystam z tej techniki zawsze na etapie projektowania historii i potem podczas samego tworzenia, a czytanie na głos mojej gumowej kaczuszce (którą był wtedy kubek z Portugalii) znacząco pomogło podczas korekty autorskiej. Wiem, że są też osoby, które nagrywają same siebie, tworząc w ten sposób prywatny audiobook i dopiero podczas odsłuchiwania nagrania wyłapują błędy, ale to tylko jedna z technik.


Jedna z moich "gumowych kaczuszek" przygląda się efektom wspólnej pracy :)

Najważniejsze to się nie bać własnej gumowej kaczuszki. I nie bać się tak w ogóle - ale to chyba ogólna rada, nie tylko pisarska.


A na koniec, w ramach anegdoty, moja prywatna lista gumowych kaczuszek:

  • wspomniany kubek z Portugalii…;

  • … albo inny duży kubek;

  • lustro (tak, czasem mówię do siebie);

  • skaza na ścianie (której nie widzę, bo jestem w swoim świecie);

  • pojemnik na długopisy;

  • świeczka;

  • kolano (siedzę czasem w dziwnych pozycjach, więc kolano mam blisko twarzy).



O czytaniu na głos popełniłam też tekst do kącika "Pas startowy", który prowadzę w czasopiśmie Peopie-. Dla uzupełnienia możecie przeczytać go tutaj.

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze